•Listopad 6, 2008 •
Dodaj komentarz
Im częściej nie odróżniam dni tygodnia – tym częściej zaczynam bać się o moje życie. Całymi dniami oczekuje nocy, tego cichego intymnego momentu, kiedy tuląc się w ciepłe ramie czuje zapach snu, mydła i wczorajszych perfum. Szelest poduszki, senne pomrukiwania, ciche „dobranoc”, ciepłe małe pocałunki.
Nie mam snów. Czuje się, jakbym umierała każdej nocy. Umieram w jego ramionach, a kiedy dzwoni budzik – czuje się jakbym właśnie skończyła ciężko pracować.
Niezdrowe to. Wiem.
Codziennie uczę się patrzeć na świat. Przyroda daje człowiekowi niezwykłe impresje, czasem trwają one krócej niż jedna piosenka. Codziennie widzę to samo, inaczej. Świat jest cudowny, nie rozumiem, jak kiedyś mogłam nie chcieć na nim żyć.
Zgadza się, nie chciałam żyć.
Nie chciałam ekspresji, impresji, lśnienia.
Umarło. I dziękuje opatrzności, że tak się stało.
Znowu marze o śnie. I nie chce znowu wyśnić cudzej śmierci.
Napisane w Uncategorized
Tagi: sentymentalnie
•Październik 31, 2008 •
Dodaj komentarz
Budzik zadzwonił dokładnie o 4.55.
Iście nieludzkie było zwlec się z łóżka z świadomością owej godziny.
Ciche mruknięcie: „już wstajesz?” świadczyło o jego dalszym śnie.
No i wstałam.
Po drodze zdarzyłam wywalić cała garść sztućców, które nie wiem jakim cudem wypadły z szafki, potknąć się o jego wczorajszy sweterek, prawie wylać kawę i przysnąć nad śniadaniem.
Wyszłam z domu, z ogromnie ciężką torbą pełną książek potrzebnych mi w pracy i canonem
na plecach. Na domiar tego wszystkiego nie mogłam znaleźć swojego iPoda, więc całując pachnący snem policzek ukochanego, oznajmiłam: „biorę twojego, bo mój zaginał, będę o 13”. Mruknął senne: „uhum”.
I wyszłam z domu.
I się zaczęło.
Niestety, w tym mieście, autobusy nie jeżdżą punktualnie. Kiedy jest, wtedy wsiadasz.
Więc dzisiaj biegłam, przez pół mostu obładowana torbami jak wielbłąd. Zdarzyłam. Wsiadłam. Jadę.
Absolutnie nie twierdzę, ze skoro ja słucham jego, to zgodzę się z jego iPodem. Przyglądałam się ludziom stojąc w korku, słuchając jakiejś bardzo dziwnej muzyki. Nie podejrzewałabym go, o takie dziwadła.
Wniosek na przyszłość: nie pożyczamy od nikogo iPodów. Swojego rano, szukamy do skutku.
Dzień minął. Jak każdy po kolei. Udało mi się namówić moją koleżankę na sesje. Zrobiłyśmy rajd po kwiaciarniach w poszukiwaniu idealnej róży – pasującej do jej niezwykłych oczu i włosów.
A potem był bardzo długi spacer. Usiłowałam złapać każde jej spojrzenie, uśmiech.
Jest jesiennie, aż dziwnie w tym mieście. Wszyscy patrzą na te kolory, impresje kręcąc z niedowierzaniem głową.
Spotkałam przypadkiem mojego przyjaciela z dzieciństwa na przystanku. Nie mogłam się powstrzymać by nie poflirtować z nim na spojrzenie. Ciekawe, czy mnie chociaż troszkę pamięta?
W końcu wróciłam do domu. Szanownego pana od wysypiania się, jeszcze nie było. Skorzystałam z chwilki wolnego czasu, kradnąc chwilkę klawiaturowego relaksu.
W końcu wrócił. Niczym Bołkoński z wojny (i pokoju) wszedł i równie wojowniczym tonem stwierdził, że musimy dokończyć tiramisu, które zaczęliśmy wczoraj.
Prosiłam, jęczałam, błagałam – był nieugięty.
Widocznie męska rola przy robieniu ciasta (prawie z paczki – nie oszukujmy się) bardzo mu się podobała.
Zabraliśmy się za biszkopt – i porażka! To co się z nim stało po rozkrojeniu… Nie przypominało nawet czegoś, co można by dać głodnemu psu z łaski. Po chwili narady, ustaliśmy, że skoczymy do sklepu po biszkopty. (Na wszelki wypadek kupiliśmy paczkę więcej).
I rozpoczęła się wojna – na rzucanie w siebie biszkoptami moczonymi w kawie z rumem.
(Patrząc na jego głupkowaty uśmieszek teraz, zastanawiam się – czy tym się nie dało upić?).
Słynne tiramisu w lodówce. Bitwa wygrana.
Jutro tam znać z jakim efektem.
Napisane w relacje
Tagi: malaczarna